Coś ewidentnie poszło nie tak, od kiedy życia szukamy w telewizorach, ludzi w komputerach, a szczęścia wcale nie znajdujemy. Masa pytań, żadnych odpowiedzi, choć mamy je cały czas pod nosem, na odległość, jaką pokonuje impuls od serca do głowy. Rozciągnięte pomiędzy górami i jeziorami, ziemią i niebem, pomiędzy uśmiechem, a życzliwym gestem. Nie wystarczy się gapić, trzeba zobaczyć, ale łatwo się wymądrzać, kiedy stoi się na szczycie piramidy marzeń, mając u stóp Krainę Kiwi, zamiast ciskać się w jakimś "smutnym, jak pi... mieście", gdzie serdeczności można się spodziewać najprędzej od automatycznej sekretarki z infolinii dla podatników.