Wałbrzych od zawsze przypominał mi Paszczaka z Muminków, takiego co to
chciał, aby wszyscy go lubili, a jednocześnie, aby nikt go nie lubił. A
nie, to o mnie. Królestwo Biedaszybów latami zabiegało o uznanie,
ale bliżej mu było do tytułu cesarstwa degrengolady, niż węglowego
imperium z przeszłości. W kategorii obraz nędzy i rozpaczy Wałbrzych
regularnie zamiatał konkurencję o ile w ogóle jakąś posiadał. Jeszcze do
niedawna miejsce zapomniane przez Boga, wyjęte spod prawa, synonim
gangreny osiadającej w świadomości niczym pył węglowy, dołujący tak
bardzo, że prozac mogliby tu wydawać
mieszkańcom bez recepty. Dzisiaj miasto renesansu, które za sprawą książek J. Bator, złotego pociągu i prezydenta - istnego Jamesa Bonda wałbrzyskiej rzeczywistości odzyskało pozycję na mapie Polski, a istnienia
ludzkie zaczęły tu ściągać nie tylko za karę i przez pomyłkę ale
nareszcie z wyboru.