2 paź 2017

Było sobie życie, czyli kilka słów z Francji.

Było sobie życie, ale to jeszcze zanim wrzesień zamienił się po kryjomu w październik. Aktualnie tkwię w miejscu i w czasie, w którym myślę tylko o tym gdzie jestem, kiedy mnie nie ma. A nie ma mnie tak mocno jak tylko może nie być. Mierzę się z życiem beze mnie i intensywnie uczę, aby więcej  tego nie robić. Jeszcze nigdy praca nie zamieniła mnie w ducha, aż do teraz. I nieważne, że jestem we Francji. Równie dobrze mogłabym być w Pcimiu Dolnym, ściany utraconego czasu wszędzie mają ten sam ponury kolor. Przełączyłam się na stan czuwania, ale niedługo wracam. Oby silniejsza, mądrzejsza i umiejąca odkopać poprzedni stan ducha, bo obecny przypomina Hiroszimę w 1945 roku.

To niesamowite co można zrobić z człowiekiem i to w tak krótkim okresie czasu. Fizycznie jestem tu zaledwie od 10 dni, ale mentalnie całe lata. Od miejsca pracy dzieli mnie tylko korytarz i kręcone schody. Na górze mieszkam ja w gronie kilku innych nieszczęśników, na dole świat w sztucznym oświetleniu, a gdzieś pomiędzy depresja. Z tą ostatnią jak i całą resztą widujemy się codziennie.

Pracę zaczynam o 7.00 rano, kończę zazwyczaj pomiędzy 19.00 a 20.00, chociaż bardziej adekwatnie byłoby użyć stwierdzenia, że to ona kończy ze mną. Mechanizm jest na tyle skuteczny, że choć każdego dnia marzę o ucieczce to ostatecznie nie mam siły, ani czasu aby wdrożyć w czyn podobnej myśli. Rozpiera mnie duma, kiedy pokonam drogę od łazienki do łóżka, bo kręgosłup już dawno wkroczył w poczet moich antagonistów.

Jedni dziwią się, że jeszcze nie wyjechałam, inni, że nie chcę zostać dłużej, ktoś kolejny prosi, abym przetrwała, bo okazuje się, że dla niego piekło w moim towarzystwie staje się do zniesienia. Ja boję się myśleć o każdym kolejnym dniu, podobnie jak o minionym, bo ani nie ma czego wspominać, ani na co czekać. Tu wszystko ma kolor żałobnej czerni po utraconym życiu. Jedynym punktem zaczepienia okazuje się ciepłe słowo od bliskiej osoby, a zdarza się, że ktoś zabiera Ci nawet tyle.

Widzę, jak każdego dnia umiera we mnie szczęście, a rodzi się obojętność. Jak grzebię każdy dzień, z uczuciem, że sufit zwalił mi się na głowę i nie ma takich pieniędzy, które mogłyby mi to wynagrodzić. Ocieram się o wszystkie swoje granice i czekam, aż runą z hukiem. Doświadczam obecności ludzi, którzy w podobny sposób spędzają swoje życia i nie wiem czy bardziej ich podziwiam, czy im współczuję, bo smutek, który codziennie skrada się za moimi plecami nie pozwala mi, aby istnieć tutaj dłużej, niż absolutne minimum podczas gdy oni piszą sobie taki życiorys latami.  Będąc na ich miejscu nie wierzyłabym, że życie może być inne, niż podłe.

Taka praca ma to do siebie, że nawet nie wiesz, kiedy zaczynasz wierzyć, że jest dobrze, ponieważ  po 7 dniach udało Ci się nareszcie zdążyć po chleb 15 minut przed zamknięciem sklepu, a do plejady ulubionych momentów trafiają te, kiedy na kilka chwil przestaje Cię boleć żołądek, temperatura nie robi z Ciebie mrożonej parówki, a Ty pierwszy raz od 2 tygodni wystawiłaś głowę za okno.

Wyczerpuję już limity smutku, niedługo dowiem się co jest pod spodem. Czasami się uśmiecham, ale sama nie wiem czy to ja czy tylko moja twarz, która żyje własnym życiem i nie jest kompatybilna z tym co toczy mnie w środku. Nie potrafię już nawet liczyć zysków, za dużo strat, a egzystencja w opłakanym stanie to największa z nich.

Minionych dni już nie przeżyję, ale kurczowo czepiam się myśli, że mam jeszcze jakieś przed sobą i zamienię je w najlepsze.  Dzisiaj był taki czas, że pracowałam tylko połowę dnia i dostałam szansę, aby na jego pozostałą część wcielić się w człowieka. Mogłam nareszcie zobaczyć miasto, w którym żyję, pierwszy raz pójść na spacer, pobiegać i przypomnieć sobie siebie, z czasów kiedy jeszcze byłam sobą, a nawet trochę popisać.

Nie zawsze życie wygląda jak to z katalogu, mylące jest wierzyć, że powinno. Czasami ma nam do przekazania coś trudniejszego. Może tylko w ten sposób jesteśmy w stanie docenić czas, który mamy kiedy nie spędzamy go w podobnie tragiczny sposób. Może to próba sił i możliwość, aby przekonać się ile siebie jesteśmy w stanie sprzedać, ile porzucić i jak bardzo można siebie zdradzić, kiedy świat od nas tego oczekuje i próbuje nam wmówić, że warto. Nie warto.

Prawdziwe życie nie ma ceny. Może za jakiś czas dowiem się po co mi to było, ale jak na razie  bardziej, niż wiedzieć potrzebuję odpocząć. Prze te wszystkie lata okupowania ziemi nauczyłam się, że my wciąż na coś czekamy, za to życie nie czeka na nas. Na nic łapówki i zalotne uśmiechy, czas nie bierze jeńców. 

Był okres, że czekało się na wszystko. W dzieciństwie w kolejce po papier toaletowy, w młodości na pierwszy pocałunek i na pełnowymiarową dorosłość. Już nie musimy. Ratujmy momenty. Teraz albo nigdy, dzisiaj obejmijcie ukochaną osobę, bo jutro pełne jest złodziei czasu i nigdy nie wiadomo, kiedy zabraknie nam go, aby żyć.

22 komentarze:

  1. Ewa, współczuję Ci bardzo, że się tak wpakowałaś, bo 12 h w pracy to jest przesada (ja ledwo wytrzymuję 8). Mam nadzieję, że uda Ci się szybko gdzieś przenieść, gdzie jest normalnie. Niestety, kasa na podróże sama się nie zarobi. Ja sprzedaję się codziennie, ale przed 16 jestem free, więc teoretycznie mogłabym coś zrobić fajnego. Z reguły nie mam siły, a z nerwów boli mnie żołądek :-( Czasem myślę, że pani z piekarni jest bardziej zadowolona z pracy niż ja, ale hello, ona za swoją wypłatę nie da rady jeździć co chwila na Kanary etc. Ewo,życzę Ci, żebyś wróciła w Alpy, w piękne miejsce, gdzie praca nie będzie taką męką. trzymaj się tam jakoś!A jak się przeniesiesz w Pireneje to Cię odwiedzę!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kasiu dziękuję Ci serdecznie. A może zostać taka Panią w piekarni ale za granicą? Życzę Ci dobrej pracy i wypłaty, za którą Pireneje będą częściej w Twoim życiu. Buziaki :)

      Usuń
  2. To nie praca, to kierat! Aż smutno mi się zrobiło. Musisz strasznie dostawać w kość, skoro tak Cię ta praca dołuje i wysysa wszelkie soki.
    Kiedyś pracowałam ( z moim obecym mężem) w sadzie na południu Francji. Pewnego dnia otworzyła się przed nami nowa możliwość, większe pieniądze przy zbieraniu pomidorów. Pojechaliśmy i.. nie wytrzymaliśmy tam nawet dnia! Dodam dla ułatwienia, że byliśmy wtedy studentami i różne prace fizyczne nie były nam obce ;) Zrezygnowaliśmy z kuszącej perspektywy zarabiania pieniędzy w istnym piekle na ziemi i z podkulonymi ogonami wróciliśmy do sadu. Choć pracowaliśmy tam od rana do wieczora, z przerwą na obiad, tachanie koszy pełnych jabłek i gruszek, wspinanie się po drzewach, a na początku października ręce przymarzające do zimnych owoców ( po nocy spędzonej w namiocie) wydawały nam się fraszką, igraszką ;)
    Życzę Ci siły na przetrwanie i szybkiej zmiany na lepsze. Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Ci Agato. Widzę, że podobne klimaty nie są Ci obce. Kiedyś moje też będą tylko wspomnieniem. Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
  3. Zmiana pracy nie odebrała Ci wyobraźni :)Zdjęcia przepiękne. :) Zmień pracę?

    OdpowiedzUsuń
  4. Kochana, miejsce na zdjęciach nie wygląda nawet w połowie tak depresyjnie, jakby można się by było spodziewać z opisu:) wygląda przepięknie! trzeba tylko innej pracy poszukać 1) z krótszym czasem pracy lub 2) bardziej wciągającej i satysfakcjonującej. Pewnie łatwo doradzać,a trudniej zrobić...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację Olu, zmiana pracy to tylko kwestia czasu. To prawda, że sama miejscowość to zupełnie inna bajka, niż praca w niej ;) Ściskam.

      Usuń
  5. Trzymaj się tam Ewa! Aż mam ochotę Cię teleportować do siebie na herbatę. Wszystkiego dobrego!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :) Liczę pewnego dnia na tą herbatę. Wszystkiego dobrego.

      Usuń
  6. Ewa! przesyłam Ci na odległość wszystko co najlepsze, mam nadzieję że koszmar nie potrwa długo. w razie czego przypominaj sobie zimę i góry, te wszystkie ścieżki wydeptane przez Ciebie - bez raków ;) - i te wszystkie słowa o tym, jak żyłaś za wszystkie czasy.
    jak tylko uda Ci się ewakuować z tego miejsca, w którym jesteś, spójrz sobie na nie wstecz i okaże się, że w skali życia to był tylko malutki wycinek. ściskam mocno i trzymam kciuki za jak najszybszą ucieczkę do lepszego świata. buzi :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo za wsparcie. Chyba sobie wytapetuję tymi słowami swój kawałek podłogi. Ściska ciepło. Praca już wybrana? :)

      Usuń
    2. jeszcze nie, ale czuję że już mam niedaleko!

      Usuń
  7. Współczuję, i trzymam kciuki, abyś znalazła ciekawszą pracę i mniej wyczerpującą. Piękne zdjęcia.

    OdpowiedzUsuń
  8. Godziny mordercze, ale trzymaj się tam! :) Mam nadzieję, że szybko uda się zmienić pracę na lepszą, byś miała siły na spacer i do tego sklepu bez biegu :) Kurde, trzymam za Ciebie oba kciuki! :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Trzymaj się dziewczyno!!! Fajnie,że piszesz również o swoich bolączkach. Ściskam z zimnej Anglii.

    OdpowiedzUsuń
  10. Oj Ewuś... Przytulam Cię mocno! Patrząc na zdjęcia, to są pełne koloru, wcale nie przybrane w żałobną czerń. Ale my patrzymy na nie oczami turysty a nie mieszkańca. Wszystko w naszym życiu dzieje się po coś, ale tego dowiesz się za jakiś czas. Znając Ciebie, to praca za moment będzie inna, być może lepsza, byle ze sklepem w pobliżu :) I tego Ci życzę. Wiesz, zawsze zostaje jeszcze ta Mongolia... :) Tulkam do serca!

    OdpowiedzUsuń
  11. Tyyyle godzin pracy to niewola.

    OdpowiedzUsuń
  12. W takiej sytuacji warto skupiać się na pozytywach z tego co już się wydarzyło i marzyć o tym co się może wydarzyć :)

    OdpowiedzUsuń
  13. No to faktycznie nie trafiłaś zbyt dobrze... Zawsze Twoje wpisy pełne optymizmu i radości i aż żal ściska, że we Francji może być tak...hmm? Ponuro?
    Zmieniaj pracę i to szybko! :)
    Pozdrawiam ciepło i proszę o wybaczenie, że tak rzadko zaglądam! ;) :) :)

    OdpowiedzUsuń
  14. I like your site and content. thanks for sharing the information keep updating, looking forward for more posts. Thanks
    ผลบอล

    OdpowiedzUsuń
  15. Piękne te uliczki, muszę się wybrać z rodziną do Francji w przyszłym roku.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...