21 kwi 2017

Alpy francuskie - historia jednego zachodu słońca.

Alpy francuskie - historia jednego zachodu słońca.Sięgnęłam do zasłon w momencie, kiedy chmury z rozmachem przetaczały się po niebie. Walcząc ze słońcem o miejsca w pierwszym rzędzie właśnie odwracały koleje mojego losu. Zawsze wiedziałam, że chcę stanąć na La Pointe de La Masse i moich upragnionych 2804 m dokładnie w takiej scenerii. Warunki były doskonałe, przynajmniej te na nieboskłonie. Tyle wystarczy. Nauczyłam się łapać chwile, wierząc, że nie wszystko jest do powtórzenia. Ktoś zesłał mi ten dzień, a ja nie chciałam być niewdzięczna. To już wolałam być nieodpowiedzialna. 

Kolejny z niezliczonych dni pracy dobiegał końca. Wymemłana po nieprzespanej nocy wyglądałam łóżka, próbując zaspać na resztę doby w nadziei, że obudzę się kimś innym. Po 3 miesiącach pracy prawie bez przerwy mój umysł przypominał hummus, a gdybym chciała wyczuć puls potrzebowałabym do tego aplikacji na telefon. 

Podeszłam do okna, zasłonić się przed światem, a bardziej świat przede mną, inaczej łaknęłam go tak szaleńczo, że zapominałam jak głęboko tkwię w niebycie. Od miesięcy moje dni wyglądały podobnie, ale równie pięknie. Gdybym mogła coś zmienić to poranki, które praca przeciągała w popołudnia. Później kontynuowane w górach było doskonałe. Codziennie wyżej, codziennie bliżej nieba. Tego dnia mogłabym przysiąc, że widziałam, jak Bóg otwiera lufcik.

Próbowałam podejść ten szczyt od kilku miesięcy i choć zdawał się istnieć na odległość głębszego oddechu to zima i brak odpowiedniego ekwipunku tarasowały mi drogę i nie chciały ustąpić ani o krok. Wykazałam się wymuszoną cierpliwością, o jaką nigdy bym siebie nie podejrzewała. Z pomocą przyszło mi już jedna nieudana próba, kiedy musiałam zawrócić na kilkuset ostatnich metrach, ponieważ śnieg osiągał takie głębokości, że sprzyjał jedynie nieplanowanemu samobójstwu. Co prawda codziennie bezproblemowo docierała tam cała masa ludzi, ale oni korzystali z gondoli, a ja z własnych nóg i plecaka wypełnionego brawurą.  
Alpy francuskie - historia jednego zachodu słońca.
Alpy francuskie - historia jednego zachodu słońca.
Alpy francuskie - historia jednego zachodu słońca.
Jeśli można zdobywać góry spontanicznie to jest to właśnie mój styl. Wszystko zamyka się w ułamkach sekund. Tych kilku momentach, kiedy po raz kolejny zmierzam po pracy do kuchni z zamiarem udawania mistrza patelni, ale sprzyjająca pogoda kokietuje mnie na tyle skutecznie, że nie starcza mi cierpliwości, aby zagotować wodę na herbatę. Panicznie boję się przegapić, choćby minuty. Jeśli w życiu czegoś się boję to właśnie czasu przeciekającego przez palce. Że spóźnię się żyć, a drugiej szansy nie będzie. 

Do La Masse 2 sprowokowały mnie chmury, a może słońce przedzierające się przez ich pokrywę. Niebo w górach nigdy nie wygląda tak samo. Jeśli najpiękniejsze jest w poniedziałek to nie zadaję zbędnych pytań i nie czekam na piątek tylko w pośpiechu pakuję manele.

Jestem zmarnowanym talentem, mistrzem podążania nie po szlakach. O ile można wybrać najgorszą drogę to ja z pewnością to zrobię. Jeszcze bardziej prawdopodobne, że pójdę tam gdzie nie ma jej wcale i właduję się gdzieś, gdzie być mnie nie powinno, jeżeli chcę, aby jeszcze kiedykolwiek miało miejsce jakieś być.

Na La Masse 2 wyprawiłam się na tyle późno, aby nikogo już na nim nie zastać. Ze szczytu prowadzi czarna trasa dla najbardziej zaawansowanych narciarzy. Wyciągi zamykają o 17.00, potem po zaludnionej górze błąka się pustka.

Kiedy wyruszam w góry mierzę się tylko ze sobą. To chroni przed ubóstwem ducha. Dla mnie to jedyna właściwa motywacja. Nikt nie zna mojej historii, ja nie znam kogoś, porównywanie się traci jakikolwiek sens. W tym samym punkcie jedni zaczynają, a inni kończą swoją przygodę. Bez znaczenia. Góry są wolne od zawiści. Tam idzie się wyswobodzić - głowę, emocje, rozedrgane serce. Ja wracam po lekcje pokory, miłości, spokoju i wewnętrzne oczyszczenie. Wobec gór wszyscy jesteśmy równi. Tego nie podarują pieniądze, narkotyki, ani ludzie.
Alpy francuskie - historia jednego zachodu słońca.Alpy francuskie - historia jednego zachodu słońca.Alpy francuskie - historia jednego zachodu słońca.
Alpy francuskie - historia jednego zachodu słońca.Alpy francuskie - historia jednego zachodu słońca.
Alpy francuskie - historia jednego zachodu słońca.
W trakcie wspinania droga skończyła mi się kilka razy. Utknęła gdzieś pod śniegiem i lodem, ale wiara zawsze dryfowała na powierzchni. Nawet, kiedy szukając alternatywnych rozwiązań zawisłam gdzieś pomiędzy skałami z niemożnością wykonania jakiegokolwiek ruchu.

Tym razem już mnie dobiegała. Byłam z nią na osobności. Rozdzierająca i bezdenna cisza. Cały bezkres ciszy, wypełniający Alpy. Kroiła przestrzeń, tłumiła myśli. Niewyczerpana i tak gęsta, że można było pleść z niej makatki na ścianę. Nie była krępująca, wręcz przeciwnie wygodna, jak ulubiony fotel. Na szczytach gór mieszka tylko ona, ale w takiej skali nie doświadczyłam jej jeszcze nigdy przedtem. O intensywności, która sprawiała, że słyszalny stawał się pająk przecinający zbocze we śniegu. 
  
Na pewnym poziomie zawsze czuję się nieswojo. Może to ta przestrzeń, a może to, że wobec takiej potęgi zawsze będziemy mali. Zmrożony śnieg regularnie sprowadzał mnie do parteru, próba sił trwała długo, a ja czułam na plecach oddech traconego czasu, kiedy słońce nieubłaganie zmierzało za horyzont. 

Nie lubię się spieszyć, ale tym razem obdarzyłam pośpiech szacunkiem. Im byłam bliżej końca tym równie mocno chciałam piąć się dalej, co zawrócić. Paliłam mięśnie. Entliczek pentliczek, w głowie dudniło nigdy się nie poddawaj.  

U celu stanęłam w promieniach zachodzącego słońca. La Masse 2 804 m z panoramą w 360 stopniach na alpejskie szczyty i marzeniem, które rano znajdowało się jeszcze w powijakach. Włożyłam głowę w chmury i nie wyjęłam jej, aż do zmroku. Pochwyciłam błogość, nieobarczoną zmartwieniem ryzykownego powrotu. Stojąc tam zupełnie samotnie, mając za towarzystwo tylko góry, niebo i boski spokój czułam, jak czas płynie specjalnie dla mnie, z widokiem na Mont Blanc. Nie przymykałam powiek, bałam się, że to wszystko zniknie.

W ważnych chwilach chciałoby się powiedzieć coś adekwatnego, a potem wszystkie słowa okazują się za ciasne, aby pomieścić takie dobrodziejstwo. Od kiedy pomieszkuję w Alpach notorycznie cierpię na braki w słownictwie. Nie wiem czy to bezpiecznie żyć w miejscu, które prowokuje do nic nie mówienia i w którym po pracy można podchodzić 3 tysięczniki.

Góry nie biorą jeńców. Trochę się z nimi kłócę, trochę przekomarzam, ale najwięcej im zawdzięczam. Niezależnie jak wielki rozgardiasz miałabym w głowie, tam wraca porządek. Kiedy schodzę jestem już po części kimś innym. Niepokoje zostają wyżej i hulają z wiatrem. Gubię to co mi w życiu zbędne, robię miejsce na nowe.
Alpy francuskie - historia jednego zachodu słońca.
Alpy francuskie - historia jednego zachodu słońca.
Alpy francuskie - historia jednego zachodu słońca.
Alpy francuskie - historia jednego zachodu słońca.
Alpy francuskie - historia jednego zachodu słońca.
Alpy francuskie - historia jednego zachodu słońca.
Alpy francuskie - historia jednego zachodu słońca.
Alpy francuskie - historia jednego zachodu słońca.Alpy francuskie - historia jednego zachodu słońca.
Alpy francuskie - historia jednego zachodu słońca.
Alpy francuskie - historia jednego zachodu słońca.
Alpy francuskie - historia jednego zachodu słońca.
Alpy francuskie - historia jednego zachodu słońca.Alpy francuskie - historia jednego zachodu słońca.Alpy francuskie - historia jednego zachodu słońca.
Tego dnia uczyłam się dużo i szybko. Że warto słuchać siebie. Że ryzyko bywa większe przy zejściu, niż podejściu i że zachód słońca nieważne jak spektakularny zawsze oznacza, że do domu wracasz po ciemku. A o ile nie masz latarki, telefonu, ani odpowiedniego sprzętu to wrócisz możesz, ale wcale nie musisz. Nocą śnieg zamienia się w lód, a Ty nabierasz przyspieszenia, które wyrywa kolana. Spada się szybko, podchodzi wolno i oto cała tajemnica. 

Tam pod niebem jest mi lekko nawet jeżeli, uginam się od ciężaru plecaka. Głowa pełna marzeń, woda, polar, spodnie, czapka, szalik, rękawiczki, paczka orzechów, aparat. Tak wygląda moja codzienność od prawie 5 miesięcy. Zapomniałam już nawet jak to jest być gdzieś indziej.   

Zaczynam wierzyć, że to kim jesteśmy zależy od tego gdzie mieszkamy. Nigdy nie byłam zapalonym górołazem. Formę górską buduję na bieżąco. Teraz wiem, że powód tkwił nie tyle we mnie ile w górach, które dzieliłam na takie dla których zrobię wszystko i na te co przejść mogę, ale nie muszę. Alpy od zawsze mieściły się w tej pierwszej kategorii, wraz z brakiem wiary i marzeniami z serii - najpiękniejsze, ale niemożliwe do zrealizowania. Wciąż mam ich cały zapas, ale już dużo więcej przekonania w to, że są dostępne.

Łatwo jest hodować depresję. Równie prosto co rzeżuchę na parapecie okna tyle, że w rękawach koszuli i kieszeniach pracowniczego uniformu, który uwiera, jak każdy dzień, kiedy nasza egzystencja nie przypomina tej jakiej zawsze pragnęliśmy. A świat jest prosty, nawet jeśli życie pogmatwane. Gdzieś czeka to czego szukamy, chociaż zdarza się, że wysoko na szczycie góry.

La Masse 2 (2804m)
73440 Les Menuires

Alpy, Francja

11 komentarzy:

  1. niesamowite zdjęcia . cudownie tam .. Mt Blanc wygląda magicznie z daleka .. piękna notka 'Wobec gór wszyscy jesteśmy równi.' .. ale proszę uważaj na siebie Ewa .. tak jak napisałaś widok zachodu słońca gdzieś wysoko na grani jest cudowny ale to oznacza schodzenie przy czołówce i w chłodniejsze miesiące lub w wysokich partiach bardzo szybko spadającą temperaturę .. i samotnie bardzo łatwo pobłądzić co mi się zdarzało .. wiele dobrych fal i pięknych chwil tam wysoko i nie tylko :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Piękny tekst, piękne zdjęcia. Widzę, że ten wyjazd Cię wzbogaca, także duchowo :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ale to pięknie <3 my w tym roku mieliśmy łapać zachód w Tatrach, ale za każdym razem padaliśmy z nóg i schodziliśmy za wcześnie ze stoku

    OdpowiedzUsuń
  4. Cóż za odwaga! Widać, że ryzyko warte było zachodu ;) Zdjęcia fenomenalne, nawet w domu słychać tego pająka ;) pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  5. Może i będę się powtarzać, ale widoki są niesamowite! Czekałam na Twój kolejny wpis, bym mogła wybrać się razem z Tobą w góry :) Bo w nie mogę gapić się bez końca! Magia!

    OdpowiedzUsuń
  6. Aura sztos! Ale jak Tyś to pięknie wszystko opisała <3 Mogę czytać i czytać!

    OdpowiedzUsuń
  7. Przepiękne zdjęcia! Góry są piękne, majestatyczne. A człowiek nabiera przy nich niezwykłej pokory.

    OdpowiedzUsuń
  8. Cudowne zdjęcia i przepiękny tekst. Czy mówiłam Ci już kiedyś, że masz niesamowity dar pisania. To też weź pod uwagę w swoich marzeniach:)
    Podziwiam Cię, nie dość, że sama się tam wybrałaś to jeszcze w zimie. Ja niestety nie rozumiem tej pasji. Chociaż po Twoim wpisie coś zaczęło mi świtać. Na góry lubię tylko patrzeć, nie znoszę po nich chodzić. Rozumiem jednak to co napisałaś i zazdroszczę, że w taki piękny sposób potrafisz to przekazać. Pozdrawiam:)!

    OdpowiedzUsuń
  9. Pięknie napisane.... Bardzo Ci zazdroszczę.
    PS. Taka wycieczka bez czołówki i bez raków to co najmniej....tu się zamknę, żeby nie być jak eksperci na tatrzańskich grupach ;-)

    OdpowiedzUsuń
  10. Ale, że co? Że Ty sama się tak tam wspięłaś, a nie gondolką? Ja bym chyba umarła 3 razy po drodze. Zazdroszczę widoków, zawsze byłam raczej nastawiona na morskie pejzaże, ale te Twoje góry...ach...

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...