Jesień po raz pierwszy w tym roku zastała mnie w Nowej Zelandii. Stałam właśnie na lotnisku w Christchurch zastanawiając się jedynie po co mi to było. Sama ze sobą na końcu świata, bez żadnego konkretnego pomysłu na jutro za to w środku ulewnego deszczu, który już chwilę później spływał po mnie odkrywając warstwa po warstwie to co mam pod spodem, jakby obierał bezbronnego karczocha. Z upalnej Australii wleciałam prosto w listopad i nic to, że mieliśmy marzec. Zawsze uważałam, że to znakomita pora roku i właśnie nadarzył się doskonały dzień, abym zmieniła zdanie. Jeżeli przez 1,5 godziny mokniecie gubiąc się bez celu po ulicach obcego miasta, targając na plecach dużo za dużo, a jednak nic co w danej chwili mogłoby Was uratować to właśnie się dowiadujecie, że w marzeniach za cholerę nie chodzi o to, aby były łatwe i przyjemne, ale o to, aby je w ogóle spełniać, zanim życie wystawi Wam rachunek.