15 paź 2012

Kocham podróże - Malta.


A oto pierwszy post z cyklu o uzależnieniach. Tak, można rzec, że jestem uzależniona od przemieszczania się dalej lub bliżej i podziwiania tego, co świat ma nam do zaoferowania. Każdą kolejną wyprawę odbieram jako podróż życia i podchodzę do niej z nie mniejszym entuzjazmem, niż do pierwszej. To właśnie podróże dają mi tą dziką satysfakcję w życiu, której nie potrafię zamienić na nic innego. Panie, Panowie jestem Podróżoholiczką.

Moja ostatnia i najbardziej aktualna wyprawa poniosła mnie na Maltę. Czytałam już ciekawe spostrzeżenia w postaci: Maltę można zwiedzić w 3 dni, co jednak po dłuższym niż owe 3 dni pobycie, uznałam za absurdalne stwierdzenie. Kraj ten, choć niewielki to obdarzony jest niezliczonej ilości cudami, od których widoku serce rośnie, a dusza śpiewa. Nam zwiedzanie zajęło 12 dni, a to i tak ledwo zaspokoiło moją żądzę poznania tego miejsca.

Na Maltę udaliśmy się w sierpniu 2012. Czyn ten zaliczam do wyjątkowo odważnych, jako, że panują wówczas najwyższe na wyspie temperatury i wilgotność, a my stanowczo należymy do grona podróżujących zwiedzających, więc nie w głowie nam dogorywanie na ręczniku plażowym. 

Przekonały nas jednak ceny lotniczych i rajskie widoki podglądane w przewodnikach i wszystkowiedzącym internecie. 

Pobyt z moim mężczyzną, jak zawsze zorganizowaliśmy na własną rękę, zatem tradycyjna opcja bez drogich hoteli, all inclusiv i lokaja. Po spakowaniu najpotrzebniejszych rzeczy, z naciskiem na kilka letnich fatałaszków i krem z filtrem (dużo lżejsza opcja, niż pakowanie się na wakacje nad polskim Bałtykiem:), wyruszyliśmy w podróż do maltańskiego raju.

Lot bezpośredni z Wrocławia był krótki i przyjemny, raptem 3h. Wylądowaliśmy wieczorem, co i tak nie miało znaczenia, jeśli chodzi o temperaturę panującą w tym kraju. Przywitało nas 30 stopni upału i wilgotność na poziomie 80%. Wyborne wręcz odczucie przechadzania się w zupie. Być może nie była to kusząca opcja dla spragnionych turystycznej aktywności, ale uznaliśmy, że my nie damy rady?
Malta ma tę zaletę, że jest tam wyjątkowo bezpiecznie,co sprzyja hasaniu po wyspie, choćby do białego rana. Ludzi spotkanych tam  późnym wieczorem, nawet w stolicy tego wyjątkowego kraju, szło policzyć na palcach jednej ręki. Agresywnych nie uświadczyliśmy. Być może poziom testeosteronu spada w wyniku silnego nasłonecznienia. Podobny spokój towarzyszykierowcom, mknącym ciasnymi i zakorkowanymi uliczkami. To zdecydowanie najspokojniejszy naród, z jakim było mi dane obcować. Tym bardziej wzrosła moja sympatia do tego nadzwyczajnego miejsca.


Zwiedzanie zaczęliśmy wieczorem po przylocie i zakończyliśmy o 3 w nocy. Z racji, że było święto kościelne oznajmiono nam uprzejmie, że wodę zakupimy dopiero dnia następnego. Z racji, że już po wylądowaniu groziło nam odwodnienie, a byliśmy zbyt nieświadomi, aby przewidzieć, że w stolicy w święto nie funkcjonuje żaden sklep, pozostała nam modlitwa i czekanie do dnia następnego.

Oto do czego zdolni są Maltańczycy. U nas praca to rzecz święta, u nich dla odmiany święto. 

2 komentarze:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...