2 sie 2013

Montserrat i Czarna Madonna - nie taka znowu zwyczajna pielgrzymka.


 Miejsce z serii MUST SEE, które na pewno większość z Was już odwiedziła, a jeśli nie to zapewne wkrótce to zrobi. Ciężko tam nie wylądować przy okazji voyagy po Katalonii, bowiem trąbią o nim wszystkie przewodniki, fora i strony internetowe, a także Ci którzy byli, powrócili  i teraz przekazują dobrą nowinę dalej. Chodzi oczywiście o Montserrat.


Montserrat to nic innego jak masyw górski z przepięknym klasztorem benedyktyńskim, ulokowanym pośród spektakularnych skał, a także po Santiago de Compostela najważniejszy cel pielgrzymek. A to za sprawą czarnej figurki Matki Boskiej z Dzieciątkiem, którą rzekomo do Hiszpanii sprowadził Św. Piotr, a która następnie zaginęła, aby w cudowny sposób w 880 r. odnaleźć się w Świętej Grocie właśnie na górze Montserrat.
 
Na górę wjeżdża się kolejką linową, która gwarantuje mały skok adrenaliny i zabójcze widoki ( miejmy nadzieję, że nie dosłownie;).
Tam już czekają na nas bramy niebios lub przynajmniej klasztoru i oczywiście tłumy turystów, więc o zdjęcie bez czyjejś głowy w kadrze jest na prawdę ciężko.
Pierwszy punkt moich odwiedzin stanowiła oczywiście toaleta, na którą nie mogę złego słowa powiedzieć, gdyż nawet kolejka rozładowała się w kilka minut. A w kwestii kolejek to dalej już nie było tak sprawnie;)
Słynna figura Czarnej Madonny, jako punkt docelowy wszystkich przyjezdnych okupiona jest tabunem ludzi. 
Usytuowana jest ona wysoko nad ołtarzem Bazyliki. Aby móc poprzebywać z nią kilka sekund i dotknąć dzierżone przez nią jabłko obfitości trzeba odstać swoje. 
Ja ochoczo zajęłam miejsce w tłumie licząc, że maksymalnie w 1,5h  się uwinę, ale szybko się przekonałam, jak bardzo mylne było moje założenie i o głodzie i klasztornym chłodzie sterczałam tam bite 3h licząc na cud. Ale w końcu nie codziennie ogląda się tak wiekową damę, w tak wyjątkowych okolicznościach przyrody. Dlatego też pomimo hipoglikemii i odwodnienia żegnałam ją z należnym szacunkiem:)
Jednak nawet bez figurki Madonny nadającej temu miejscu aurę mistycyzmu Montserrat jest warte zachodu. 
Byłam zaskoczona, jak dużą powierzchnię wśród tych skał sprytnie zagospodarowano. Spodziewałam się tam jednego budynku na skale, a tymczasem to cały kompleks, ze sklepami, restauracjami, muzeami etc. Jest tam też wiele szlaków, którymi warto powędrować, a na które nie starczyło nam już czasu i siły.


Mnie jako wielką miłośniczkę wyrobów "hand made" zachwycił sklep z benedyktyńskimi produktami ręcznie tworzonymi przez zakonników oraz ustawione niedaleko stoiska z prawdziwymi rozkoszami podniebienia. 
 Co prawda wszystko było dosyć drogie ( przynajmniej jak na moje warunki, wycieczka Rosjan miała zapewne inne zdanie wychodząc z siatkami pełnymi serów i alkoholi), ale gdybym dysponowała większą gotówką nie pożałowałabym tam żadnej sumy, bo darmowa degustacja uświadomiła mi, że te produkty są absolutnie warte swojej ceny. 

My się szarpnęliśmy jedynie na benedyktyńską czekoladę i to był tak niesamowity smak, że ciężko to z czymkolwiek porównać. A wybór był ogromny, od alkoholi na ziołach kończąc i mogę się tylko domyślać, co to była za potęga smaku. Na pewno było się czym wzmocnić po takiej 3h pokucie, jak moja.

Montserrat słynie oczywiście z jeszcze jednej rzeczy, a mianowicie jednego z najstarszych w Europie gregoriańskich chórów chłopięcych i szkoły muzycznej. Chór codziennie w okolicy godziny 13.00 daje w bazylice 10 minutowy występ, ale trzeba mieć świadomość, że nie jest to forma kameralnego biletowanego koncertu i można zaginąć w tłumie;).  

Tak więc, jak widzicie atrakcji co nie miara. Ja od siebie proponuję przysiąść sobie w jakimś mniej uczęszczanym miejscu, ze zjawiskowym widokiem na góry i kontemplować tą niezwykłą, bożą rzeczywistość. A najlepiej jeszcze w międzyczasie raczyć się prawdziwym serem i czekoladą;) Czy potrzeba czegoś więcej?

16 komentarzy:

  1. piękne zdjecia i bardzo ciekawa relacja .. nigdy w Monsterrat nie byłem choć mieszkałem całe lato w Barcelonie .. sam nie wiem dlaczego .. tzn wiem :^) Pireneje były większym magnesem bo dużo mniej ludzi a widoki niesamowite .. Park Narodowy Aigues Tortes jest około 2.5 godzin dalej od Montserrat..
    serdeczne pozdrowienia i życzę dużo zdrowia i jak najmniej potrzeby wizyt u lekarzy

    OdpowiedzUsuń
  2. Mam nadzieję że Twoje zdrowie się unormowało i czas stracony u lekarzy nie poszedł na marne. Cieszę się że pokazałaś to miejsce bo wiele o nim słyszałam a Twoja relacja jest bardzo obrazowa. Miejsce przepiękne i chyba warto było mimo tych trzech godzin w kolejce. Serdecznie pozdrawiam i życzę zdrowia!
    P.S>Widzę piękną burzę loków na Twojej głowie!

    OdpowiedzUsuń
  3. Muszę przyznać, że nie słyszałam o tym miejscu, ale jak zwykle zachwyca.

    OdpowiedzUsuń
  4. Rewelacyjne miejsce. Jeszcze mnie tam nie było. Fantastycznie wygląda połączenie budynków i gór, jakby te góry wyrastały z tylnych ścian budynków. :) Wpisuję na listę miejsc do odwiedzenia :)

    OdpowiedzUsuń
  5. No to jest rewelacja ;)
    Ja tez chcę !!!

    OdpowiedzUsuń
  6. U Ciebie jak zawsze można tylko zazdrościć widoków albo cieszyć się,że za Twoją sprawą można je ujrzeć :)
    Ser i czekolada... mniam ;D

    OdpowiedzUsuń
  7. Nie bylsm w Montserrat i szczerze mowiac nie wiem czy kiedykolwiek bede, ta kolejka i gory mnie przerazaja.

    OdpowiedzUsuń
  8. Brawa za wytrwalosc. Widoki niesamowite, ale te tlumy i klejki? Ratunku!
    Pozdrawiam cieplo :))

    OdpowiedzUsuń
  9. nieziemska relacja :)) podziwiam wytrwałość, ja bym padła na nos, ale faktycznie warto było :) żal tylko tych wyrobów, ja też jestem fanką takowych :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Cudowne miejsce! A te góry...ah! Chcę tam pojechać!

    OdpowiedzUsuń
  11. Brawa za cierpliwość! Nawet się zastanawiałam, czy nie zahaczyć o Montserrat, ale po Twojej relacji cieszę, się że tego nie zrobiłam. Choć widoki są piękne, to na pewno nie chciałoby mi się stać nawet te 1,5 godziny w kolejce. Na szczeście zawsze mamy Travelling Milady, żeby uchyliła rąbka tajemnicy takich ciekawych miejsc ;)

    OdpowiedzUsuń
  12. Nie byłam, ale tak jak napisałaś - po Twojej fotorelacji nabrałam ogromnej ochoty :) Miałabym obawy jedynie co do kolejki :D Wychodzę z założenia, że lepszy pod stopami nawet niemal pionowy grunt, niż żaden :D Widoki piękne, zdjęcia piękne, opis cud, miód... Super :) Pozdrawiam ciepło!

    OdpowiedzUsuń
  13. chciałabym taką benedyktyńską czekoladę! czad :)
    ceny bywają bolesne, ale czasem jest warto! :D
    zobaczyłabym tę czarnulkę na żywo.
    ale chętniej popodziwiałabym ten widok ;)

    OdpowiedzUsuń
  14. Ale tu u Ciebie ciekawie Ewo! Aż dziwne, że wcześniej nie trafiłam na Twojego bloga.:) Klasztor przypomina mi Armeński Tatev (http://podrozowanieniekontrolowane.blogspot.com/2012/12/tatev-dalsza-podroz-przez-kraine-cukru.html) ale z Twojej relacji wnioskuję, że do Czarną Madonnę odwiedza znacznie więcej turystów. Pozdrawiam! :))))))))

    OdpowiedzUsuń
  15. Uff, to miałam szczęście być tam poza sezonem, kolejka była góra dziesięciominutowa. Tak czy inaczej, warto poczekać. Warto pojechać. Miejsce jest po prostu magiczne!

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...